Karthikai Deepam

Pierwszy mój dzień tutaj i od razu impreza, tłum gęstszy niż w Pushkarze na Camel Fair, ludzie dmuchający w jakieś plastikowe trąbki, masa odpustowych sklepików ze wszystkim, z ciekawszych rzeczy do kupienia trafiłem na długie, czarne, lekko kręcone włosy, chyba kobiece. Niektóre rodzinki niosą do świątyni swoje dzieci w ofierze całopalnej, na zestawie kijków zawieszają kawałek materiału, w którym takie dziecko się dynda, czasem ryczy, ale wszyscy mają to w nosie, z resztą i tak niewiele tego płaczu słychać, bo dookoła tłum idzie, gada i gra na trąbkach. Tak na prawdę nie wiem czy dzieci są przeznaczone na ofiarę, bo do świątyni z aparatem wejść nie można, więc nie wchodzę. Kijki można sobie potem zjeść, bo to chyba jakaś trzcina cukrowa.

Wieczorem jest ciąg dalszy procesji, która rozpoczęła się rano, ale mnie tu jeszcze nie było – przejazd wielkich kolorowych wozów. W kolejne dni są kolejne procesje z posągami różnych bogów ciągniętymi na traktorach. Jest też słoń, który trąbą błogosławi chętnych.

Na każdym rogu masa policjantów, w sporej części sfeminizowana. W wielu miejscach, i w jakichś przybytkach dla wiernych i pod prywatnymi sklepikami rozdawane jest darmowe jedzenie (ryżowa papka z sosem lub ryżowe kulki). By żyło się lepiej w następnym życiu, tym rozdającym oczywiście, nie tym jedzącym. Ja jednak wolę chilli parotę w jednej z knajpek, jedna z niewielu dobrych rzeczy tutaj. Dwa razy trafiłem w odpowiedni czas, kolejne dwa razy przyszedłem za późno i musiałem szukać alternatywy.

Ostatniego dnia (teoretycznie podczas pełni, ale na moje oko do pełni brakuje jeszcze 1-2 dni) świątynia zostaje otoczona barierkami i kordonem policjantów, przed świątynią stoi metalowa beczka, w której płonie ognisko, ludzie przechodząc obok niej (zatrzymać się na dłużej nie da, bo tłum napiera, w ogóle przejście tego fragmentu jest dosyć hardkorowe, łatwo zostać stratowanym – swoją drogą parę tygodni wcześniej w Haridwarze na jakiejś religijnej imprezie nie obyło się bez ofiar, wiem, bo pisali w gazetach) wrzucają do niej łatwopalne materiały, składają ręce coś tam przy okazji pokrzykując i idą dalej. Znaczy są pchani.

Od rana ulicami przelewa się rzeka ludzi, myślałem, że pierwszego mojego dnia tutaj jest ciasno, ale nie, ciasno jest ostatniego dnia. Pojawiają się znikąd, idą część nie wiadomo dokąd, część może na 14-kilometrową rundkę wokół pobliskiej góry (sam się raz przeszedłem, szału nie ma, ale jest parę małych świątyń, czasem jakiś ksiądz zaciągnie do środka i powie co to za świątynia, inny czymś poczęstuje, generalnie miło, tylko gorąco), a część na szczyt góry.

C.D.N.

Tagged , , , , , ,

Comments are closed.