Przy Tvmalai jest góra Arunachala. Wchodzi się ostro i namiętnie pod górę, nie ma takich autostrad jak w Sikkimie czy Uttarakhandzie, są kamienie i drzewa, których można się łapać, ale przynajmniej co chwila ktoś stoi z wiaderkiem mleka albo jakimiś snackami. Pomykają wszyscy od małych dzieci po stare babcie. Prawie na początku drogi są też jakieś mniejsze świątynie, obok których w wielkich garach przygotowuje się darmową strawę dla pielgrzymów – standardowa ryżowa papka z jakimś sosem. Chwilę przed szczytem robi się bardzo tłoczno, nie mam ochoty się przeciskać, więc siadam na kawkę. W pewnym momencie tłum, który do tej pory stał na coś czekając, robi się rozentuzjazmowany i rusza do przodu – na szczycie zwolniło się miejsce i policja pozwoliła kolejnym ludziom iść dalej. Część pognała, po minucie bramka została zamknięta i kolejni chętni zaczęli się przed nią zbierać. Szału się tam nie spodziewam, więc wracam na dół. W odróżnieniu od przedpołudnia teraz już jest tłoczno na całej drodze, trzeba się dosyć mocno przeciskać pomiędzy wchodzącymi. Doczepia się jakiś chłopaczek, który chce mnie poprowadzić, mimo, że trudno tu się zgubić. Po jakimś czasie znika mi z oczu.
W mieście ulicą płynie taka sama rzeka hindusów jak rano. Licząc, że przepustowość jest 10 osób na sekundę przez cały dzień daje to jakieś pół miliona (moje bardzo zgrubne wyliczenia potwierdza LP). Część osób idzie, część stoi na coś czekając. Koło 18ej nagle wszyscy się zatrzymują, zaczynają krzyczeć w ekstazie, składają ręce do modlitwy, wyciągają aparaty (głównie te w komórkach). Na szczycie góry pojawił się mały jasny punkcik, zapłonął tam ogień – dawno dawno temu w postaci ognia na Mt. Arunachala pojawił się św. Shiva, jest też mnóstwo jeszcze mniejszych punkcików – to ludzie, którzy się wspinają na górę, kiedyś pewnie ze świeczkami, dzisiaj obstawiam, że raczej z latarkami. W całym mieście zaczynają strzelać petardy i sztuczne ognie. Idę na dach hotelu popatrzeć i może jakieś foty porobić.
Kiedy chcę wrócić do pokoju okazuje się, że drzwi na dach są zamknięte od wewnątrz. Pukam, stukam, ale nic się nie dzieje. Na dole na dworze siedzi jakiś hotelowy ziom, więc krzyczę do niego, ale obok ma ulicę z rozkrzyczanym tłumem, wokół strzelają petardy, a do tego przy hotelu rozstawiła się jakaś kapela i coś bzyczą na cały regulator. Gość mnie nie słyszy. Kapela na chwilę przestaje grać, krzyczę ponownie, spogląda w górę, krzyczę po angielsku, że drzwi zamknięte. Wszedł do hotelu, ale czekam i czekam i nic, wyszedł z hotelu i znowu sobie siadł na ławeczce. Kapela znowu zaczęła grać. Po dłuższej chwili (długie mają te kawałki) próbuję ponownie, tym razem po tamilsku wołam „Inge va”, co znaczy „cho no tu”. Wstał, wszedł do hotelu, czekam i czekam i znowu nic, znowu wyszedł i siadł na ławeczce. Kolejna próba jest już skuteczna, bo pojawia się manager gadający po ludzku, zdzieram gardło „DOOOOOOORS!!!!! CLOOOOOOSED!!!!” – poskutkowało, drzwi się po chwili otwierają, ale w sumie pół godziny odczekałem w niepewności czy nie będę musiał spać na dachu. Żeby chociaż było gniazdko gdzie się można podłączyć z laptokiem…
Wychodzę jeszcze raz na zewnątrz coś zjeść. Przy świątyni pali się już nie tylko beczka ale i teren wokół beczki, policja usuwa ludzi sprzed ognia zwężając barierkami przechodliwą część ulicy o połowę, na szczęście o 22ej tłum już jest trochę mniejszy.
Idę do Hotelu Kanna na chilli parotę. Nie ma. Kupuję banany i ciastka i wracam do hotelu. Ogień przed świątynią jest ugaszony. Kapela przed hotelem gra jeszcze co najmniej do 1ej w nocy.











