Miesiąc minął, siedzę w miejscu zamiast się włóczyć, ale jest okazja, którą trzeba wykorzystać – Mamallapuram Dance Festiwal. Codziennie o 18ej (o ile akurat nie ma cyklonu) przez dwie godziny na scenie (niestety bardzo kiepskiej fotograficznie, trzeba się napocić, żeby coś ładnego wyszło) swoje wygibasy prezentują tancerki i tancerze Bharatanatyam, Kuchipudi, Mohiniattam i innych klasycznych wynalazków oraz lokalnych folklorów, czasem bardziej cyrkowcy niż tancerze. Nic za bardzo więcej tu do roboty nie ma, więc poza zbieraniem materiałów z festiwalu tłukę sobie nowy projekt dla drukarni w międzyczasie pluskając się w morzu i wcinając całkiem niezłą pizzę lub burżujskie jumbo krewetki. A jak mi szkoda kasy to 15km dalej, w Thirukazhukundram można się najeść do syta za 2 złote.
Jeszcze jest wesołe miasteczko w Injambakkam, w połowie drogi do Chennaiu, a w Chennaiu jest kino (przynajmniej jedno), gdzie dają filmy z angielskimi napisami, miałem skoczyć na Dona 2, ale się zagapiłem i przestali grać o sensownej godzinie. Sensowna godzina to koło południa, dojazd tam mi zajmuje 3h w jedną stronę, film kolejne 3h, więc jeden film to cały dzień z głowy.
Festiwal się kończy za niecałe dwa tygodnie, do tego czasu chcę dokończyć projekt na tyle na ile się, a potem bym sobie gdzieś wyjechał na zasłużony urlop. Na przykład na północ i trochę na wschód (znowu tylko skrawek Tamil Nadu zaliczam, to już 3 podejście…)




























