I po Mamallapuram…

Skończył się festiwal, za nieopuszczenie ani jednego dnia (nie licząc cyklonu, kiedy pokazy były odwołane) dostałem order z kartofla, przedostatni dzień razem z Bejnaminem, sąsiadem z guest house’u (jedynym ziomem, który wytrzymał tutaj więcej niż 3 dni, wszyscy inni się ewakuowali wcześniej) zakończyliśmy homarem czy innym lobsterem, teraz tylko czeka mnie pakowanie i wycieczka krajoznawcza skuterkiem. Ciągle jestem 23ci na pociągowej waitliście (właściwie to RAC, czyli dwie osoby na jednym miejscu), ale w ciągu ostatnich dwóch dni wskoczyłem z pozycji 100-ileś, więc mam nadzieję, że jutro już będę miał miejsce tylko dla siebie. Potem 2-3 w Kalkucie na załatwienie wizy i jadymy do Bangla. Planowałem tam jeszcze wpaść na jakiś kolejny dens jednego kolesia z festiwalu, ale buc nie odpisuje, więc pewnie nic z tego. Ale kino obowiązkowo. I momosy. I może coś na komary w końcu kupię, bo tną tutaj strasznie.

Parę słitaśnych filmików:

I nie mniej słitaśnych fotek

 

Tagged , , ,

2 Responses to I po Mamallapuram…

  1. zbylut says:

    Gratulacje

  2. gadjo says:

    Dzięk