Dla bardzo chcących jechać z Luchen bezpośrednio do Jinghongu jest autobus o 8 rano za trochę ponad 100y. Przynajmniej według rozkładu.
Do Jiangchengu dojeżdżam po przejechaniu 162km w trochę ponad 5h, prawie cały czas z widoczkami . W tym z widoczkiem na zalane wodą pola ryżowe o zachodzie słońca, czyli tym po co do Yuanyangu zjeżdżają tłumy w zimie, tylko trochę na mniejszą skalę. To 23km przed Jiangchengiem (km537, prawdopodobnie liczone od Kunmingu) obok jakiejś wsi. Z kolei 50km za Luchenem (km347) jest tęcza, choć nie jestem pewny czy ona jest tam cały czas czy akurat miałem fuksa. Kawałeczek dalej znowu ryże z fajnymi górkami. A km271 i km280,5 zostawiam do zobaczenia w następnym życiu.
Na miejscu o nic się nie muszę martwić – od razu znajduje mnie przydworcowy hotel za 40y i przydworcowa przyzwoita knajpa. I oczywiście autobus do Jinghongu za 66y (6:30, następny dopiero o 9:00, ok.7,5h). Też mnie znajduje. A dla chcących ominąć Jinghong jest można jechać od razu do Mongli za podobną cenę, zapewne ciągnąc się cały czas przy granicy z Laosem. Sam Jiangcheng jest blisko granicy z Laosem i Wietnamem co widać po kilkojęzycznych szyldach na sklepach. Okolice mogą być bardzo ciekawe. I raczej niezeksplorowane za bardzo. W przyszłym życiu.
Kilkadzieścia km za Jiangchengiem trafiam na pierwszą wioskę z zapewne typowo xishungbannanową architekturą. Nazywa się Zhengdong (整董, po chińsku zapisuje mi lokales, potem w Jinghongu inny Chińczyk mi to rozszyfruje) i jest na skrzyżowaniu na którym od trasy Jiangcheng-Pu’er odchodzi droga do Mengxing (勐醒). Potem podobne wioski pojawiają się jeszcze parokrotnie wliczając też sam Mengxing i Menglun (勐仑), gdzie większość zabudowy jest już budowana wg. najnowszych antytrendów, a stary styl jeszcze się ostał ale został już zaburzony przez jakieś dobudówki i inne takie. Gdzieś głębiej w dżungli może to wyglądać równie dobrze jak w Zhengdongu.
W hotelu spotykam kolesia, którego wcześniej spotkałem pod koniec marca w Varanasi… A pisałem o jednym fotografie, którego widziałe w Pushkarze w listopadzie, potem w Kalkucie w kwietniu (chyba) a potem w Chiang Mai w Tajlnadii w sklepie fotograficznym, w którym odbierałem naprawiony obiektyw? Nie? No to teraz piszę.
Kończę koło 13ej, za wcześnie żeby wracać do domu, wsiadam do autobusu, który jedzie w przeciwnym kierunku, nie mam pojęcia dokąd, poza tym, że do Laojizhai (老集寨). Kierowca się pyta mnie dokąd chcę jechać, ale nie ze mną te numery, pokazuję mu, żeby po prostu ruszał i nie interesował za bardzo. Droga jak każda inna tutaj, ale zupełnie inne emocje, nie mam pojęcia gdzie i kiedy dojadę, ani czy znajdę autobus powrotny. Moje obawy się sprawdzają, po godzinie jazdy krętą drogą XG83 docieram do celu, gdzie się dowiaduję, że faktycznie bus powrotny nie istnieje. Nie łażę więc po okolicach, miasteczka też nie zwiedzam bo i tak nie wygląda za ciekawie, tylko na tzw. prędce zaczynam wracać z buta do Laomengu. Na szczęście po 3 kilometrach zabiera mnie na motorze dwóch chłopaczków, zdążam tylko w międzyczasie pyknąć parę fot ryżu. Ale na sąsiednich górkach widać kolejne osady, trochę większe i z pewnością rzadko odwiedzane, więc zostawiam na bliżej nieokreśloną przyszłość. Podobnie jak odbijające od głównej trasy inne pomniejsze dróżki.
Mijam Laohuzui i jadę 2km dalej na kolejną sesję z ryżem i ładnym popołudniowym słońcem.
Wieczorkiem po krótkim spacerku pół kilometra wteiwewte w poszukiwaniu sensownych widoczków wpadam do jakiejś chyba knajpki, gdzie pani coś smaży a pan ogląda film. Pytam się czy mogę coś przekąsić i pokazuję na prawie gotowe danie na patelni. Ok, siadam, a pani dodaje jeszcze 3 kolejne miski z innymi dodatkami i oboje siadają razem ze mną i jedzą. Coś mi świta w głowie, że chyba to nie jest to co normalnie serwują tylko po prostu sobie zrobili kolację dla siebie. A kiedy odmawiają przyjęcia zapłaty już wiem, że faktycznie tak jest. A inne panie spotkane po drodze wyciągały łapy po kasę za to, że im pyknąłem fotkę. Co człowiek to obyczaj.
Następnego dnia z ranka robię spacerek w stronę wsi Panzhihua (攀枝花) a potem paręnaście km dalej w stronę Luchen, aż do zdarcia nóg. Niczego odkrywczego nie znajduję (ryż wygląda wszędzie tak samo), ale jest jakiś tam potencjał na zimowe strzały trochę inne niż ze standardowych miejsc. A na lato chyba najlepsze miejsce w okolicy jest jakieś 2-3km przed Laohuzui oraz być może z dróżki, która odchodzi od głównej drogi jakieś 6km przed wsią (jadąc od strony Xinjie).
A jeszcze następnego dnia po wspólnym rodzinnym śniadanku z właścicielami sklepo-hotelu (oczywiście zakrapianym domową wódeczką z kukurydzy) robię sobie całodzienny maraton filmowy.
Znowu na zdjęciach dużo ryżu w różnych konfiguracjach.
Stamtąd na piechotkę idę do wsi Shengcun, gdzie już na samym początku zaprasza mnie grupka szydełkujących starych babć. Potem kupując prowiant w sklepie znowu tamtejsi zapraszają, żebym przysiadł na chwilę. Tu fota, tam fota, owoce na kolację i śniadanie, kolejna fota w sklepie, w którym kupuję browara a pan z radością przyjmuje 1 yuana w monecie, chyba dawno takiej wersji nie widział (niestety zapomniałem, że chciałem sobie zostawić na pamiątkę) i vanem wracam do domu.
Wbrew przewodnikowym informacjom nie musimy kupować żadnych biletów wstępu, nie wiem czy one obowiązują tylko w zimowym sezonie czy przez cały rok ale tylko na specjalne tarasy widokowe (które mają sens tylko dla tych co nie mają czasu szlajać się po polach tylko chcą na szybko pyknąć fotę z drogi).
Ląduję w Sunny Guest House, we wsi z labiryntem uliczek trzeba się kierować strzałkami pokazującymi Sunshine Inn, nie wiem czy to inny hotel czy komuś się nazwy pomyliły. Po chwili relaksu uderzam razem z jednym ziomkiem z Izraela na tarasy, gdzie poza ryżem wszędzie dookoła trafiamy na ładną tęczę a potem do bliżej nieokreślonej wioski, w której bratamy się z 80-letnimi tubylcami. Wracamy do głównej drogi i stamtąd do domu, wpadając na chwilę na platformę widokową (taką darmową).
Następnego dnia budzę się przed 5tą rano z zamiarem sfocenia wschodu, ale przez mgłę nic nie widać. Późnym rankiem ruszamy stopem w 3 osoby w okolice Qingkou a stamtąd leci traska przez pola, najpierw do sympatycznej kamienisto-ceglanej wiochy Malizhai, potem mamy w planie dotrzeć do Shengcun, ale się gubimy i lądujemy w Xinjie przekraczając jeszcze kolejne 2 wiochy.
Pogoda jest przewidywalna prawie co do minuty – wcześnie rano gęsta mgła i chmury, w okolicach 7-8 leje deszcz, koło 10ej się rozpogadza, o 17ej znowu zaczyna padać deszcz, po deszczu robi się mgliście aby w końcu po 20ej znowo się trochę przejaśniło. Tak było jak na razie przez 3 kolejne dni.
Z powrotem łapię tuktuka do pobliskiej wsi Miandian, gdzie jest fajny bazarek z fajnymi babkami, ulicznymi dentystami dłubiącymi klientom w zębach, pijanymi bilardzistami, panem co sprzedaje starszemu pokoleniu radyjka na USB, od którego kopiuję na lapka gigabajcik bardzo lokalnej muzy i masą innych gapiących się na mnie ludzi.
Miasto jak miasto, są ulice, budynki, sklepy, parki, ludzie śpiewają, tańczą, gimnastykują się na ulicach, sklepowi sprzedawcy obębniają poranne apele itp. Normalka. Prawie nie pada.
Chuang Ku (The Loft) wygląda ok, kilka galerii z obrazami, czasem jakieś fotografie się być może trafią, choć ja nie widziałem, i miejsca koncertowo-performansowe. Nie zawsze się coś dzieje, ale można zajrzeć i popytać.
Update Kunmingczanek.