Gadjo Delhi 4 » Rangpur http://gadjo4.karczmarczyk.pl Just another traveller's blog Thu, 09 Aug 2012 12:00:54 +0000 en-US hourly 1 http://wordpress.org/?v=3.4.1 W drodze do Gangtoku http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2011/10/16/w-drodze-do-gangtoku/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=w-drodze-do-gangtoku http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2011/10/16/w-drodze-do-gangtoku/#comments Sun, 16 Oct 2011 06:31:50 +0000 gadjo http://gadjo4.karczmarczyk.pl/?p=80 Continue reading ]]> Kijów

Prawdziwe europejskie lotnisko. Aż 2 knajpy (niestety w jednej głównie alko a ja bym najpierw coś zjadł, a w drugiej bank nie chciał zaakceptować mojej kredyt karty, więc chodziłem głodny), bramek wyjściowych ze 6, trochę ruskich dresów, 1 hindus (który tez chyba chodził głodny bo się pytał o kantor, żeby wymienić swoją dziwną walutę a karty nie miał lub też mu nie działała) i 1 ja. Zero Mart, bo Marty wbrew wcześniejszym ustaleniom poleciały przez Moskwę (o, właśnie doleciała), spotkamy się dopiero w Delhi, albo na odbieralni bagażu, albo w najgorszym razie w pociągu do New Jalpaiguri.

Jest i drugi hindus, pewnie z biegiem czasu dojdą kolejni, bo już powoli się zbliża pora czekinowania. Na pierwszy rzut oka można rozpoznać, który białas jedzie do Indii a który nie.

Głupia karta, w sumie mógłbym dolkami zapłacić, ale co bym zrobił z drobniakami? I jeszcze się na jakiś deszcz zanosi, chmury nadciągają, światło w środku nie działa, robi się ciemno. Czas schodzi na zgrywaniu na netbuczka różnych rzeczy z dysku i jedzeniu mentosów.

Wrzucam na szybko fixa przez ssh, bo dostałem maila, że coś nie działa i wsiadam do samolotu. Zaczyna padać.

A w samolocie Aerosvitu trochę wali nie wiadomo czym, słuchawki nie działają przez pierwsze pół godziny jakiegoś ukraińskiego thrillera psychologicznego (ale są napisy), ale poza tym wygląda ok, nie wygląda jakby za chwilę miał się rozpaść. Tylko kilka turbulencji po drodze, ale to już nie wina Aerosvitu. Za to takiej fajnej starszej i trochę masywnej pani stewardessy wydzierającej się na pasażera chodzącego sobie po samolocie w trakcie tych turbulencji i trzaskającej ze złości klapą od schowka na bagaż – tego inne linie chyba nie oferują, no chyba, że Aeroflot.

Delhi

Skończyły mi się minuty w telefonie, zdążyłem tylko wysłać smsa Marcie, żeby dała znać jak przyleci. I dała, ale już nie miałem jak odpisać gdzie jestem (a jestem już za wszystkimi bramkami, na dworze). Po jakimś czasie dostaję już bardziej dramatycznego smsa pt. „Gdzieś???”, dzieli nas tylko szyba i pan ochroniarz, który w końcu lituje się nade mną i wpuszcza mnie z powrotem do budynku, gdzie znajduję M. Wychodzimy na zewnątrz posilić się kabanoskiem siedząc sobie na chodniku.

Kiełbacha umila nam czas oczekiwania na metro, które startuje dopiero za godzinę. Taksiarz pyta czy z nim nie pojedziemy za 200 rupii, ale nie pojedziemy, bo chcemy chociaż raz się przejechać niedawno wybudowaną ekspresową linią metra (co kosztuje 160 rupii za 2 osoby, niewiele taniej, ale na pewno dużo szybciej niż samochodem). Zanim jeszcze skończyliśmy tłumaczyć powody dlaczego nie chcemy z nim jechać, ten się bez słowa odwrócił na pięcie i poszedł wkurzony (jakby nie patrzeć metro odbiera im robotę). Czyściutko, nowoczesnie, jest diodowy wskaźnik pokazujący ile jeszcze do następnej stacji oraz po której stronie otworzą się drzwi. Tłumu nie ma, bo dopiero 5 rano. Większość trasy biegnie pod ziemią, przez moment wychodzi na powierzchnię, jest jeszcze ciemno, ale przynajmniej widać księżyc w pełni.

Dojeżdżamy do stacji New Delhi z zamiarem przesiadki do Rajiv Chowk i Ramakrishna Ashram Marg. Na każdej stacji jest kontrola bagaży, przez co tworzy się gigantyczna kolejka. Właściwie są 2 kolejki, jedna dla facetów (ta gigantyczna), druga dla bab (w tej stoi już tylko kilka osób), więc Marta się przebija szybko, ja zaczynam krzyczeć, że mi się nie chce stać i idę wracam do New Delhi, ale jakiś miły hindus wpuszcza mnie przed siebie. Dojeżdżamy do Rajiv Chowk, skąd wracamy razem do New Delhi, bo najbliższy pociąg dopiero za 27 minut. Chyba przez to, że mieliśmy bilet do Ramakrishna a chcieliśmy wyjść w New Delhi, bramka, do której wrzuca się zużyty żeton nie chce nas przepuścić, ale interweniujemy do jakimś helpdesku i wychodzimy na powierzchnię.

I w końcu po długim tułaniu się po czystych terminalach i stacjach wita nas zatłoczona ulica pełna ludzi idących do pracy, czekających na pociąg, śpiących na glebie, oferujących rikszę, itp. Czyli w końcu dotarliśmy do Indii.

Wbijamy do hotelu Down Town na Paharganju (odnowionym przed zeszłorocznymi igrzyskami – jest twarda nawierzchnia, nowe lampy, nie mam plątaniny zwisających kabli elektrycznych). Wytargowujemy dwójkę za 400 rupii, wg. Marty syfiasta, wg mnie stan idealny, zostawiamy z pewną taką nieśmiałością paszporty w recepcji na dłuższy czas i idziemy na górę się organizować kończąc o 7ej rano pierwszą część tułaczki do Sikkimu.

Śpię do 10ej, bo budzi nas pan z recepcji, który przyszedł po coś co mu M. obiecała (tym darem okazał się być długopis z Polski) i idę się przejść przez Paharganj szukając jakiejś sensownej knajpy, ale wszystkie wydają się totalnie zasyfione, jeszcze nie wszedłem w tutejszy klimat. Po drodze slalomuję pomiędzy pieszymi, rikszami, rowerami, motorami, ignorując kolejne „Hello sir J Namaste :D Y u no give namaste to me? L Information office there…” itp spamy. W końcu gdzieś przysiadam na śniadanie, spacerek na Connaught Place, potem do sikhijskiej gurudwary i z powrotem na Paharganj, ale już nie na piechotę tylko lotniskowym metrem. Znowu sen, wycieczka na Connaught Place, drobne zakupy w Palika Bazaar, piwo, pakowanie, pociąg.

Pociąg Delhi-New Jalpaiguri

Na moim miejscu siedzi jakaś wioskowa pani w niebieskim, razem z dwoma starszymi, w ogóle jakoś ciasno jest, zapowiada się problem z siedzeniem. Ale proste „yeh mera seat hai” (to moja miejscówa) załatwia sprawę, laska się przesiada i ja siadam obok dwóch starszych. I jeszcze z małym dzieckiem. Pora senności się zbliża, ale matki z dzieckiem nie wypada pogonić, więc na razie siedzę cicho. W międzyczasie widzę jak co jakiś czas ekipa tubylców zerka na mnie i na górne łóżko, ale nic nie mówią. Więc ja najpierw przez jakiś czas układam w głowie zdanie, a potem werbalizuję je pytając „Yeh uppar seat kiska hai?” (czyje to miejsce na górze) i pokazując palcem w kierunku pustego miejsca. Wtedy jedyny facet z wioskowej ekipy również unosi swój palec do góry i kiwa głową – czyli jest dobrze, mogę tam wbijać (nie wiem czy zrozumiał moje hindi czy mowę ciała), ale żeby się upewnić ja pokazuję najpierw na siebie, potem na górę, kiwam głową, on potwierdzając kiwa głową, ja dziękując kiwam głową i idę na górę.

Gdy nadeszła pora spoczynku wspomniany facet kładzie się „lower side” łóżku wraz z panią w niebieskim (chyba małżeństwo, dosyć świeże), którą niedawno stamtąd wygoniłem. Nie wiem co się stało z siedzącą obok kobietą, i z dwoma innymi osobami na sąsiednich siedzieniach, ale jakoś magicznie wszyscy znaleźli miejsce do spania. Za chwilę spokój zburzy przechodzący pan strażnik z karabinem i powtarzający kilkukrotnie wzburzonym głosem „Yeh ghar nahin hai!” (To nie jest dom). Dziewczyna do tej pory leżąca obok swojego męża z głową zwróconą w tą samą stronę co on musi zmienić pozycję i teraz leżą na waleta, mimo, że strażnik poszedł już sobie dalej. Duch prawości w narodzie nie ginie.

Okazuje się, że mąż przyznał mi tak bez problemów miejsce na górze, bo to nie było jego. W środku nocy znalazł się prawowity właściciel i musiałem spadać na dół. A ja znowu musiałem wygonić panią w niebieskim i jej chłopa. Następnego dnia, ktoś inny łaskawie pozwolił mi się walnąć na górze, na noc jednak musiałem znowu spadać na dół, a było to tragiczne w skutkach. Gdzieś w Biharze (najbiedniejszym stanie Indii) zaczęły wsiadać do pociągu hordy młodych ludzi, jak się później okazało byli to jacyś studenci jadący do Guwahati na egzaminy na studia. Studenci owi nie posiadali miejscówki, więc siadali gdzie popadnie, a że ich było dużo to w 8-o osobowych przedziałach znajdowało się czasami 16 czy na nawet więcej osób, nie licząc przechodzących sprzedawców wszystkiego, których było wyjątkowa dużo i czasami w jednym przedziale mijały się dodatkowe 4 osoby. Ciężko było spać na łóżku, na których siedzi dodatkowe 4 osoby, ale myślę, że z godzinę snu zaliczyłem. Gdybym był na górze, miałbym może najwyżej jednego dodatkowego pasażera. Kolejny, ostatni dzień podróży to już tylko oczekiwanie na przyjazd pociągu do celu (New Jalpaiguri), który się opóźnił o jakieś 7 godzin.

Żarcie, riksza do Siliguri, skręcona noga Marty, jeep do Rangpuru (granicy Zachodniego Bengalu i Sikkimu, gdzie wyrobiliśmy permit na dwutygodniowy pobyt w Sikkimie), jeep do Gangtoku, kilkukilometrowy marsz na Tibet Road i znaleźliśmy się w hotelu, w którym spałem za pierwszym razem. Posiedzieliśmy w pobliskiej knajpie wcinając jakąś chińszczyznę, pijąc browara i słuchając grającej na żywo lokalnej trzysobowej kapeli (naprawdę fajnie grali), potem upragniony prysznic w zimnej wodzie i spać.

Airport metro w środku Paharganj Paharganj Baywatch Księgarenka na Connaught Place Traffic rules and your dreams. You should follow both. Sikhijska Gurudwara Sikhijska Gurudwara Metro Metro Kantor Zbiorowe malowanie henny Malowanie henny Rikszarz na Paharganju Nocka w pociągu Chodzący warzywniak W pociągu Hijra (pan a la pani) Pani w pociągu ]]>
http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2011/10/16/w-drodze-do-gangtoku/feed/ 2