Gadjo Delhi 4 » Xieng Kok http://gadjo4.karczmarczyk.pl Just another traveller's blog Thu, 09 Aug 2012 12:00:54 +0000 en-US hourly 1 http://wordpress.org/?v=3.4.1 Muang Sing, Muang Long, Xieng Kok http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/05/18/muang-sing-muang-long-xieng-kok/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=muang-sing-muang-long-xieng-kok http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/05/18/muang-sing-muang-long-xieng-kok/#comments Fri, 18 May 2012 06:00:13 +0000 gadjo http://gadjo4.karczmarczyk.pl/?p=2221 Continue reading ]]> Dwie pierwsze wiochy same w sobie nie są jakieś zachwycające. Ciekawy za to jest przydrożny bazarek w połowie drogi z Luang Namtha do Muang Sing, z paniami z dżungli sprzedającymi grzybki. Okoliczne wiochy również wyglądają obiecująco.

Z Muang Sing biorę z hotelu rowerek i uderzam do granicy z Chinami żeby się upewnić, że przewodnik sprzed 5 lat jest nadal aktualny i białasy nie mogą stąd wjechać do Yunnanu. Ale chińskie (chyba) górki w tle wyglądają całkiem sympatycznie. Turystów nie ma, w hotelach pustki, drzwi do różnych biur informacyjno-trekingowych pozamykane. Trafiam też na jakieś wesele, ale buraki nie zapraszają.

Rano biorę busa do Muang Long (przy okazji wyczajając mapkę z narysowaną traską gdzieś na koniec świata, może być ciekawie, ale nie tym razem), tu też pustki, ale można spotkać różne panie Akha z kulkami na głowie. W Muang Sing zresztą też są. Znowu tylko jedna nocka i jadę jeszcze dalej, do Xieng Kok.

A to już konkretna dziura, 3 ulice na krzyż, 2 hotele i kawałek brzegu rzeki robiący za przystań dla łódek. Jest też immigration office, ale tylko dla lokalesów. W środku nikogo nie ma, a przed budynkiem siedzi kilka bab z kulkami i robi na drutach torebki. Na dworcu w Muang Long spotykam travelersa z Korei, siedzi i nic nie mówi, ale reaguje kiedy wyciągam lapka – chce żebym mu przegrał jakieś gry jeśli mam, więc przegrywam mu sudoku, które spłodziłem jak się zajmowałem czymś ciekawym (i dzięki któremu nie umarłem potem z nudów). Naiwny myśli, że jak po południu dotrzemy do Xieng Kok to złapie stamtąd łódkę do Huay Xai. Ale poza nami w busie innych pasażerów nie ma, w samym Xieng Kok też ruch zamarł, jedyne żywe istoty to baby z kulkami i sklepikarze/knajpiarze. Czekając na łódkę dla Koreańczyka siedzimy z tymi babami, pokazuję im foty z Indii, nawet wisiorki dałem, ale w zamian tylko jedna dała się sfocić. Z łódki nici, Koreańczyk więc bierze jeden nieplanowany nocleg, ja się idę przejść kawałek do wiochy za mostkiem.

Rano znowu cykam widoczek z hotelu, tym razem zamglony. Idę szukać busa, ma być o 8ej. Ale się nie pojawia ani o 8ej, ani pół godziny później, ani jeszcze później. Przemieszczam się do immigration office, gdzie już się pojawiły baby z kulkami i z szydełkami i gdzie Koreańczyk dogaduje się co do łódki. Trochę droga impreza, 250000 kipów, ale decyduje się, dla mnie trochę za drogo, poza tym nie w tą stronę (chociaż w sumie kółeczko mógłbym zrobić z powrotem do Huay Xai).

Za wynajęcie vana jeden kolo chce 400000, jeszcze śmieszniejsza cena, nawet nie mam tyle kipów przy sobie, ale tajską kasę też by pewnie przyjął.

Decyduję się na drastyczne posunięcie i ruszam 22km z buta, a raczej z tego co z niego zostało – dwie duże dziury w podeszwie i jedna mniejsza nie ułatwiają łażenia po kamienistej drodze. Na trasie jest kilka wiosek, pierwsza po jakichś 6 kilometrach, więc myślę sobie, że jakoś to będzie, chociaż słonko trochę daje czadu. Na trzecim kilometrze rozpadają mi się okulary. Na piątym, tuż przed pierwszą wiochą wskakuję do rozklekotanej ciężarówy, która akurat jedzie do Muang Long, z wiochy nici, ale przynajmniej nie muszę drałować. Na pace jedzie młody laotańczyk, ja go uczę angielskiego, on mnie tutejszego.

W Muang Long mam sporą chwilę do odjazdu autobusu, idę do chińskiej knajpy na chińskie żarcie w towarzystwie Chińczyków. Drogie to żarcie, 5$, ale zamawiam. Parka ziomali coś zagaduje po chińsku, pokazują chińską kasę, częstują colą i rambutanem. Jeden rysuje najpierw jakieś swoje znaczki, ale nie kumam, a potem gwiazdę pięcioramienną – chwali się, że on i kumpel są gwiazda pięcioramienna. Very good, very good.

Wracam na autobusstand, ktoś mi na telefonie pokazuje zapisane „130”, a więc jeszcze mam ponad pół godziny do odjazdu. W połowie drogi do Luang Namtha znowu mijamy przydrożny bazarek, pasażerka zatrzymuje vana, bo poza standardowymi grzybkami wypatrzyła sowę (chyba), która jej się spodobała. Sowa sprzedana, nie wiem za ile, nie wiem czy dojedzenia czy co, zapakowana w małą reklamówkę jedzie z nami do Luang Namtha.

Bazarek na trasie Luang Namtha - Muang Sing Autobusik zapakowany worami Przysmaki w Muang Sing Muang Sing - górki chyba chińskie Muang Sing - chińska restauracja Widoczek na trasie Muang Sing - Muang Long Na trasie Muang Sing - Muang Long Na trasie Muang Sing - Muang Long Xieng Kok - widoczek z hotelowego pokoju Xieng Kok - przystań dla łódek Xieng Kok Xieng Kok - pani Akha Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok - koreańczyk gra w sudoku czekając na łódkę Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok Xieng Kok - poranne mgły (z hotelu) Xieng Kok Xieng Kok - pani Akha Xieng Kok - pani Akha i jakaś inna Xieng Kok Jedziemy autostopem z Xieng Kok do Muang Long Chińska knajpa w Muang Long Pani kupuje sowę na przydrożnym bazarku Sowa Pani ]]>
http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/05/18/muang-sing-muang-long-xieng-kok/feed/ 5