Gadjo Delhi 4 » Kolkata http://gadjo4.karczmarczyk.pl Just another traveller's blog Thu, 09 Aug 2012 12:00:54 +0000 en-US hourly 1 http://wordpress.org/?v=3.4.1 Kolkata – w wodzie i w dżungli http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/04/06/kolkata-w-wodzie-i-w-dzungli/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=kolkata-w-wodzie-i-w-dzungli http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/04/06/kolkata-w-wodzie-i-w-dzungli/#comments Fri, 06 Apr 2012 12:43:01 +0000 gadjo http://gadjo4.karczmarczyk.pl/?p=1805 Continue reading ]]> Po okolicach Mathury (Barsana, Govardhan, Vrindavan) zostało już trochę mało czasu w Indiach, żeby gdzieś się głębiej zapuszczać. Tym bardziej, że zasiedziałem się w Varanasi, najdłużej ze wszystkich dotychczasowych pobytów – 11 dni. Odkrywając przy okazji kolejne nowe rzeczy, np. to, że za głównym burning ghatem też jest życie, i nawet jest przyjemnie, nie ma tylu reklam na ścianach, nikt nie proponuje masażu, łódkowi są, ale też mniej.

W pociągu do Kalkuty spotykam kolesia z Włoch, daje mi namiary na parę tanich hotelików w Bangkoku i wskazówki jak dotrzeć tam  lotniska. Takie uzupełnienie tego co wyczytałem na travelbitowym forum. W samej Kalkucie mam 5 dni, nie bardzo wiem co tu robić, do momentu kiedy zgłasza się Raja ze sklepiku z łachami na przeciwko hotelu Maria z ofertą statystowania w filmie. I to nie jednodniową, jak kiedyś w Bombaju, tylko pełne 4 dni i za 2 razy większą kasę (1000 rupieci dziennie). Akurat mam potrzebę nabycia paru koszulek i nowych sandałów, dwóch par butów zdążyłem się już gdzieś po drodze pozbyć, trzecia i ostatnia też już w nienajlepszym stanie, więc każdy przychód jest mile widziany.

Jedziemy na miejsce klimatyzowanym vanem razem z 10 innymi białasami. Kręcą teledysk do jakiegoś disco kawałka, dekoracja sceny jak z jakiegoś horroru klasy B, ale jest kolorowo, dobry materiał na foty. Naszym zadaniem jest stanie na obrzeżach głównej sceny, trzymanie szklanek z rozrobioną colą (że niby jest to whisky), dziewczyny mają drinki z parasolkami itp, i – najtrudniejsza rzecz – udawanie, że się dobrze bawimy. A że mało kto z nas szlaja się po tego typu dyskotekach to idzie to opornie i ktoś z ekipy filmowej co chwila podchodzi i powtarza “don’t stay, dance, enjoy the music“.

A na głównej scenie jakaś lekko zmanierowana gwiazdeczka z Bombaju z tancerzem nie wiem skąd, oraz grupa męskich tancerzy też gdzieś z Indii oraz blondynki i nie tylko z Rosji i Ukrainy. Te ostatnie siedzą w Indiach przez pół roku i występują w tego typu eventach albo na jakichś imprezach na żywo. Hinduskie chłopaki są w strojach, które zawstydzają lata 80-te, sąsiadki zza Buga w czymś a la samba.

Pierwszego dnia na 5 godzin spędzonych w studiu (wybudowanym przez pana dyrektora filmu – Nitisha Roya) jakąś godzinę drogi od Sudder Street, większość czasu spędzamy na bezczynnym siedzeniu, może z godzinę enjoyujemy muzykę, może nawet nie. Drugiego już jest trochę więcej pracy, a do tego na planie pojawia się jedna z głównych postaci – Jackie Shroff. Kręci jakąś scene, gdzie siedzi w restauracji naprzeciwko jakiejś laski granej przez aktorko-modelkę z Serbii (mało jest o niej informacji w necie) gadając jakąś kwestię po angielsku i zamaszystym ruchem otwierając szampana. Ujęcie jest powtórzone max. 3 razy. W odróżnieniu od scen tanecznych, gdzie czasem i 10 razy to za mało. Potem jakaś kolejna scena, również poszło gładko. Na Sudder Street wracamy już nie vanem czy taxi ale zwykłym miejskich autobusem, chociaż z na tyle szalonym kierowcą, że dojeżdżamy szybciej niż poprzedniego dnia samochodem.

No i ostatni mój dzień, znowu z Jackie Shroffem. Tym razem to on ma za zadanie dobrze się bawić patrząc jak tańczą tancerki na głównej scenie. 3 różne ujęcia, na każde wystarczy tylko jedna próba, przy pracy z gwiazdą nie można sobie pozwolić na marnowanie czasu. Chociaż tutaj metodologia była trochę inna – zamiast kręcić krótką scenkę tyle razy aż wyjdzie dobrze to jeden shot trwał 1-2 minuty, z tego się po prostu wytnie najlepiej wyglądające parę sekund. A obok Jackiego stoją wybrane białaski, mam wrażenie, że nie przypadkowe tylko te, które w miarę dobrze się poruszały przy innych ujęciach. W międzyczasie każdy kto może stara się z aktorem zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, co nie jest trudne, bo ten wygląda jakby pozowanie było po prostu częścią jego pracy, odruchowo po każdym błysku flesha mówi “thank you dada” i dalej sobie gada z reżyserem.

Nie wszystko idzie super gładko, główna tancerka pod koniec dnia nie wytrzymuje i głośno się skarży, że nie ma klimatyzacji (a poza lampami dającymi ciepło są jeszcze sceny z ogniem) a nawet kamera ma swój wiatrak, że kierowca się spóźnił, że tamto, że siamto. I że ona jest tu jako przyjaciel rodziny czy coś w tym stylu i tak ją traktują to może powinna to zmienić i zacząć zachowywać się jak artystka. Na planie zapada grobowa cisza, production guy nie wie co powiedzieć, próbuje się tłumaczyć, ale tancerka i tak nie jest zadowolna ze współpracy.

Do tego francuzi z Sudder Street, którzy statystowali przez pierwsze dwa dni, nie bardzo byli skłonni to wygibasów w rytmie disco, powtarzali, że nie będą tańczyć, bo nie są tancerzami, wkurzali się, że dlaczego jeszcze po 20ej tu jesteśmy skoro mieliśmy wrócić o 17ej, chcemy więcej kasy itp. Nie wiem czy to taka francuska natura, ale 3ego dnia nie przyszli, za to byli ludzie z innych państw i zasadniczo wszyscy się dobrze bawili. Mi to rybka, i tak nie mam nic innego do roboty, a do tego trochę bardziej integracyjna atmosfera jest niż w hotelu.

4 dzień odpuszczam, bo muszę wydać zarobioną kasę. I pomyśleć co muszę jeszcze zrobić przed jutrzejszym wylotem. Ale chyba nic nie muszę. Jutro Tajlandia. Wesołych.

Fotki.

I parę innych niezakwalifikowanych do zasadniczej galerii:

Make up białaski Dowód rzeczowy nr 1, że tu byłem Dowód rzeczowy nr 2, że tu byłem ]]>
http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/04/06/kolkata-w-wodzie-i-w-dzungli/feed/ 1
Kolkata http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/03/07/kolkata/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=kolkata http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/03/07/kolkata/#comments Wed, 07 Mar 2012 17:26:56 +0000 gadjo http://gadjo4.karczmarczyk.pl/?p=1574 Trochę fanu z trójką Polaków zasiadających w tym samym hotelu + z innymi sąsiadami-dziwakami.

Ananasy i cytrusy na żółtym tle Panie kupują Konduktor w autobusie Pattern Sznurek - zapalniczka Hotel Paragon - "List do M." Miszczowie parkowania ]]>
http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/03/07/kolkata/feed/ 0
Malda – Mahadipur – Gaud/Sonamasjid – Rajshahi http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/02/01/malda-mahadipur-gaud-sonamasjid-rajshahi/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=malda-mahadipur-gaud-sonamasjid-rajshahi http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/02/01/malda-mahadipur-gaud-sonamasjid-rajshahi/#comments Wed, 01 Feb 2012 12:41:24 +0000 gadjo http://gadjo4.karczmarczyk.pl/?p=1105 Continue reading ]]> W zasadzie od rana nie wykazuję żadnej aktywności, czekam tylko na godzinę 17tą kiedy to mam odebrać wizę i 21:25 – wtedy z Howrah odjeżdża pociąg do Maldy. Na miejscu powinien być o 7:50, minimalnie ryzykując kupiłem bilet RAC, ale niecałe 4 godziny później już mam potwierdzone miejsce. Pociąg też wybrałem taki, który w Maldzie kończy bieg a nie jedzie dalej, więc jest szansa na jako takie wyspanie się. Z Maldy do Mahadipuru (miejsca tuż przy samej granicy) problemu nie powinno być, schody mogą się zacząć na samym przejściu, czyli w Sonamasjid (wg pana ambasadora) lub w Gaud wg LP. Z kolei LP po Indiach pokazuje miejscowość Gaur po stronie Indyjskiej, w sumie to może być to samo tylko z inną transkrypcją. Zobaczy się na miejscu.

Równo o 17ej otwiera się okienko w konsulacie, razem z wczorajszą Japonką spod konsulatu odbieram paszport z wizą, granicę w obu kierunkach mogę przekroczyć i w Benapole i w Sonamasjid (we wniosku wpisałem Sonamasjid w jedną stronę i Benapole w drugą). Pozostało tylko się spakować.

Na wizie jest podana ostatnia możliwa data wjazdu, czyli mogę zostać tam 30 dni od momentu wjazdu (najpóźniej koniec lutego), a nie tak jak w przypadku wizy do Indii od momentu wydania wizy.

W pociągu znowu trochę zawiewa z okna, ale da się przeżyć. Na początku jest lekki nadkomplet, walczę jak lew, żeby znowu watacha nie wlazła na moje łóżko, jednemu się udaje, ale po niecałej godzinie się rolzuźlnia, ludzie gaszą światła i idą spać. Do Malda Gaur (jedna stacja przed Malda Town) dojeżdżam z ponad godzinnym opóźnieniem, trochę po 9ej rano. Ze stacji idę ok. 1km w stronę Maldy do skrzyżowania, tam jeden koleś proponuje mi jeepa za 1000inr, oczywiście uprzejmie dziękuję, chwila gadki z lokalesami w miksie hindi/bengalskiego/angielskiego i podjeżdża autobus. Do Mahadipuru jest 14km, bus kosztuje 6inr, mam tylko 5inr drobnych, ale też może być.

Autobus jedzie dalej, więc trzeba uważać gdzie wysiąść, najlepiej powiedzieć konduktorowi, że jedzie się do granicy.

Najpierw jakiś office po stronie indyjskiej, daję paszport i czekam. Gadkę zaczyna jakiś Bangladesz, gadamy sobie 15-20 minut, wychodzi pan z office’a i mówi, że nie może znaleźć stampa wjazdowego do Indii. A stamp jak byk jest. Ok, teraz chyba próbują znaleźć mnie w komputrze, też im się nie udaje. Zaczynam się niepokoić. W międzyczasie robi się kolejka miejscowych. Coś w końcu chyba się udało, po kolejnych kilku(nastu) minutach dostaję do wypełnienia kwitek a potem pieczątkę w paszporcie, idę najpierw wymienić kasę tuż przy celnikach (nienajgorszy kurs, 20$ = 1426Tk, dobrze, że w ogóle coś było, bo przy sobie poza dolcami i resztką rupii mam tylko 60Tk z poprzedniego wyjazdu) i do kolejnego punktu odprawy.

Miła pani w mundurze sprawdza pobieżnie co mam w plecakach, gdy dochodzi do pokazania laptopa, aparatu itp. zaczyna się problem. Pani coś tam sobie buczy pod nosem, gdzieś dzwoni powtarzając co chwilę „custom custom”. W końcu mówi, że mam się udać do celników, dwa domki przed pierwszym officem. Tam miły pan coś najpierw mówi po bengalsku, potem przechodzi na ładny angielski tak jakby chciał wcześniej sprawdzić czy coś kumam. Przyczepia mi do paszportu jakiś kwitek. Wracam do pani, która ponownie ogląda paszport przerywając zbieranie odcisków palców służących za podpis osób niepiśmiennych. Znowu jej się coś nie podoba, dyskusja z koleżanką, telefon, zapytuję ładnie w hindy czy jest jakiś problem. Pani ze śmiechem zwraca się do koleżanki, że niby co ona ma mi odpowiedzieć jak ja bengalskiego nie znam, no ale po moim „hindi bolo” tłumaczy mi coś w hindi. Niewiele rozumiem, ale wychodzi na to, że muszę z powrotem iść do customs, żeby na doczepionym świstku napisać co przemycam. Wracam, dyktuję miłemu panu, że mam aparat taki to a taki, obiektywy, laptop itp. Wracam do pani. Wszystko ok. Wychodzę z Indii.

A w Bangladeszu idzie jak z płatka. Najpierw policja, w lewo za pierwszą budką, tam świstek do wypełnienia. Potem customs, kawałek dalej, za meczetem, pomiędzy jakimiś rozwalającymi się budynkami, przy polu z kozami. Pan patrzy się na listę przemycanych rzeczy, mówi do kolegi „ok ok”, ten mi każe złożyć autograf w księdze wejścia, koniec imprezy. Jestem w Bangladeszu na 100%.

Pijąc herbatkę zaczynają się złazić ludzie, obgadywać, robić zdjęcia komórkami. Jestem w Bangladeszu na 200%. Kilometr dalej jest skrzyżowanie, przy którym jest coś a la bus stand, kasa biletowa, knajpa i aptekarz z telefonem. Bus do Rajshahi odjeżdża o 14:50, jedzie 2:30h i kosztuje 115Tk. Obiad (ryż, kurczak, warzywa gotowane i surowe) 60Tk, czyli 2,40PLN. Telefon do Asita z Rajshahi nic nie kosztuje, bo Asit nie odbiera, nie odebrał też kiedy dzwoniłem do niego dwa dni wcześniej z Kalkuty. Coż, nie mam więc powodu do zostawania w Rajshahi, pewnie wezmę nocny bus do Dhaki. W autobusie oczywiście też ludzie zagadują, czasem w hindi, czasem w angielskim. Gość z siedzenia obok chce mi pomóc znaleźć bilet do Dhaki. Dojeżdżamy do Rajshahi. Sąsiad wysiada pierwszy, ja parę osób po nim. Dochodząc do drzwi słyszę wołanie „Jasek! Jasek!”. I tu chwila konsternacji, bo w zasadzie wszystkim dookoła mówię, że jestem „Dżek”, ale jeśli to nie sąsiad to kto? Przed autobusem czeka Asit, który chwilę po moim telefonie do niego oddzwonił do aptekarza, który mu powiedział, że jadę do Rajshahi. Megasurprise, jedziemy razem rikszą do znajomego już hotelu Sky (Malopara, blisko Sahib Bazar Rd, singiel za 200Tk), potem herbatka, żarcie (ryż, kilka wersji warzyw i ryb, kurczak, duża cola – 134Tk, niecałe 6PLN za dwie osoby), hotel, net, kino na laptopie, spać.


]]>
http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/02/01/malda-mahadipur-gaud-sonamasjid-rajshahi/feed/ 0
Kolkata, jeszcze trochę dęsu http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/01/31/kolkata-jeszcze-troche-desu/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=kolkata-jeszcze-troche-desu http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/01/31/kolkata-jeszcze-troche-desu/#comments Tue, 31 Jan 2012 18:04:36 +0000 gadjo http://gadjo4.karczmarczyk.pl/?p=1077 Continue reading ]]> Odezwał się w ostatniej chwili Souvik z występu w Mamallapuram, wybrałem się razem z Japonką spod konsulatu Bangladeszu i innym Japońcem nie mówiącym w ogóle po angielsku (musi mieć ciekawą podróż) do Medical College, gdzie się okazało, że trafiliśmy na jakąś konferencję lekarzy. Pół godziny po planowanym terminie rozpoczęcia tańców, po odśpiewaniu hymnu Indii i innych przyśpiewek zaczął się pokaz. Zdjęcia takie sobie, bo i scena i światło były mega tragiczne, już lepsze warunki były w tramwaju, którym sobie wróciliśmy do domu.

Backstage, ostatnie wskazówki przed występem Backstage, ostatnie próby przed występem Backstage Ostatnie ustalenia Souvik Chakraborty Priyanka bodajże Souvik Chakraborty z grupą Folk dance Folk dance Folk dance Folk dance Folk dance Folk dance Ciag dalszy Ciag dalszy Le finał Konduktor w tramwaju Tramwaj w Kalkucie ]]>
http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/01/31/kolkata-jeszcze-troche-desu/feed/ 0
Wiza do Bangladeszu http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/01/31/wiza-do-bangladeszu/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=wiza-do-bangladeszu http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/01/31/wiza-do-bangladeszu/#comments Tue, 31 Jan 2012 08:11:22 +0000 gadjo http://gadjo4.karczmarczyk.pl/?p=1073 Continue reading ]]> Ku pamięci, bo wcześniejszymi razami nie do końca pamiętałem jak się to robi.

Szczęśliwie głodówkę już zakończyłem po ponad 24h, mogę bawić się dalej. 9.30 rano jestem pod konsulatem, bez większych problemów wytargowałem 60inr za taxi z okolic Sudder Street, przypuszczam, że hardcorowcy mogą zejść do 40. Tam zrobiłem xero paszportu (strona ze zdjęciem i strona z indyjską wizą), wypełniłem formularz, a to czego ja nie wypełniłem wypełnił miły koleś z okienka – np. nie podałem adresu pobytu, koleś wpisał “Rajshahi, any hotel”. Do tego dwa zdjęcia, jacyś forinersi powiedzieli, że musieli płacić komuś za przyklejenie ich do formularza, ale mi bez problemu przypiął miły koleś z okienka. Może dlatego, że jak powiedział mają dobre stosunki z Polską, i dlatego też wiza jest jedna z najtańszych dla nas (850inr, inne kraje muszą płacić czasem 3000, czasem więcej, ale z kolei Japonia ma za free).

Za dodatkową opłatą (chyba 1500inr) można dostać wizę w jeden dzień, co może ma znaczenie jak ktoś składa wniosek w piątek i nie chce tracić weekendu.

O 11.30 miałem interview z konsulem (Japonka, która przyszła godzinę po mnie też miała o 11.30). Na interview musiałem zrewidować minimalnie swoje plany, bo żeby nie przełazić po raz 5ty przez przejście w Benapole postanowiłem tym razem jechać przez Godagari, niedaleko Rajshahi, przy okazji będę miał rzut beretem żeby spotkać się z Asitem. Okazało się jednak, że “Godagari stopped” i muszę jechać do Sonamasjid/Sona Masjid/Sona Mosque, na szczęście znalazłem miejsce na mapie, więc jest szansa, że się uda. Trochę dalej od Rajshahi, ale tylko trochę. Z powrotem wpisałem jednak Benapole.

Do Maldy (przy granicy po Indyjskiej stronie) jest masa pociągów, a w pociągach masa wolnych miejsc nawet na jutro czy pojutrze. Są też nocne, więc pojutrze rano powinienem być na miejscu.

Jutro o 17ej odbieram paszport, mam nadzieję, że z wizą.

Ciąg dalszy.

]]>
http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/01/31/wiza-do-bangladeszu/feed/ 0
Skuterem do Karunguzhi, pociągiem do Kalkuty http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/01/30/skuterem-do-karunguzhi-pociagiem-do-kalkuty/?utm_source=rss&utm_medium=rss&utm_campaign=skuterem-do-karunguzhi-pociagiem-do-kalkuty http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/01/30/skuterem-do-karunguzhi-pociagiem-do-kalkuty/#comments Mon, 30 Jan 2012 07:39:21 +0000 gadjo http://gadjo4.karczmarczyk.pl/?p=1057 Continue reading ]]> Ostatniego dnia w Mamallapuram wybieramy się z Benem na przejażdżkę mopedami, które dalej będę nazywał skuterami, bo w sumie nie wiem czy się różnią poza wyglądem. Najpierw do Thirukkalukkundram, 15km, to jest proste, bo już tą trasę przerabiałem raz skuterem i nie raz autobusem. Dalej ktoś nas źle kieruje do Vallipuram, ale inny ktoś na motorze mówi „follow us” i naprowadza na właściwą trasę. Po drodze ktoś nas zaprasza na swoje podwórko, coś tam gada po tamilsku, robię knota i spadamy dalej dziurawą drogą. Docieramy do autostrady Chennai-Trichy, miała to być miejscowość Karunguzhi, ale wyszło coś 1-2km wcześniej. W każdym razie w jedną stronę można uznać, że plan wykonany. Dalej zaczynamy improwizować, a to ja chcę gdzieś skręcić w bok, a to Ben. Zaczynają się pojawiać fajne wiochy (chociaż Vallipuram też nie było złe, ale nie zatrzymaliśmy się tam na dłużej). W wsi, której nazwy nie pomnę, ale chyba pasuje do regexpa /[KNT][au][nt][nt]ur/, wjeżdżamy w jakąś mega kiepską dróżkę, obijamy się o wystające kamienie, docieramy do jakiejś chałupy i wydaje nam się, że dalej droga się kończy więc zaczynamy wracać, ale babki siedzące na dworze pokazują, że możemy jechać przez ich podwórko. Zatrzymujemy się na krótką sesję zdjęciową, jedziemy dalej, zaraz za chałupą Benowi gaśnie silnik. Benzyna jest, może się przegrzał, czekamy chwilę, ale zaczynają się pojawiać lokalne chłopaki i próbować naprawić. Niestety nie udaje im się, trzeba wezwać Mechanika Motorowego. Lokalny i Ben biorą mój skuter, jadą po Mechanika, Mechanik naprawia, życzy sobie 120 rupii, lokalni sobie sobie życzą 80 na wódkę i 200 za bycie słownikiem angielsko-tamilskim. Z bólem serca płacimy i jedziemy dalej, najpierw przez jakieś pola, potem coraz większymi drogami.

Dojeżdżamy do wsi Issur (którą od Vallipuram dzieli tylko most), zatrzymujemy się na chwilę, próbujemy ruszyć, Ben nie może odpalić. Zbierają się lokalni, coś próbują doradzić, zmajstrować, ale się nie udaje. Potrzebny jest Mechanik Motorowy. Jadę 2km dalej, zabieram Mechanika, ten coś stuka puka, motor odpala. Tutaj koszty już dużo mniejsze, bo tylko 50 rupii za naprawę. Ruszamy dalej, obiecując sobie, że już nie będziemy się nigdzie zatrzymywać, żeby znowu nie było problemu z odpaleniem.

5km przed Tirukkalukkundram gaśnie mój silnik. Skończyła się benzyna. Ben jedzie do miasta, kupuje litrową wodę, którą wypija, a do butelki zabiera 0,5l benzyny. Sam sobie wcześniej w Issurze coś dolał, więc wlemam większość do siebie, zostawiając trochę w butelce na wypadek, gdyby któremuś z nas zabrakło. Kawałek za Tirukkalukkundram Benowi brakuje benzyny, wlewa więc końcówkę z butelki. 2km przez Mamallapuram mi kończy się moja. Ben jedzie do miasta ponownie napełnić butelkę. Po drodze kończy mu się benzyna, bierze rikszę, jedzie na stację, napełnia butelkę, wraca do skutera, wraca skuterem do mnie, napełniam bak, wracamy, oddajemy skutery.

Całe szczęście, że pociąg do Kalkuty mam późnym wieczorem, w Mamallapuram jesteśmy chwilę po 17ej, mam jeszcze czas na kurczaka i wydrukowanie biletu.

Znowu ruszam w trasę i tak się czuję, nawet autobus jest do Chennaiu jest trochę podobny do tych lotniskowych, więc mogę sobie wyobrażać, że siedzę w lotniskowym jadąc do samolotu, który będzie leciał ponad 30h.

A w samolocie niestety dalej jestem na liście RAC, będę się kisił z kimś przez dwie noce.

Przynajmniej tak miało być, ale po raz 1639 sprawdza się powiedzenie, że głupi ma szczęście, miejsce dzielę z piłkarzem, który razem z całą drużyną jadą do Kalkuty na mecz, wszyscy są zmęczeni po dzisiejszym treningu, niektórzy też mają RAC. Dogadują się z konduktorem, żeby im znalazł jakieś osobne miejsca, konduktor chyba przyjął od nich jakieś gratisy, ale w sumie nie wiem, bo dogadywali się gdzieś obok, i tym samym ja również zostałem z miejscem tylko dla siebie.

W każdym razie również zmęczony po długiej i stresującej przejażdżce skuterem a potem 3 godzinnej jeździe do Chennaiu, zasypiam pogodnie. A następnego dnia rozpoczynam strajk głodowy w ramach protestu przeciwko jakiemuś pociągowemu żarciu, którym się strułem.

W Kalkucie wszystko po staremu.

Wiocha Tu się popsuliśmy po raz pierwszy c.d. c.d. c.d. Naprawiamy się Oglądamy sobie zdjęcia czekając aż się naprawimy Route 66 ]]>
http://gadjo4.karczmarczyk.pl/2012/01/30/skuterem-do-karunguzhi-pociagiem-do-kalkuty/feed/ 1