Korzystając z faktu, że mam tani net, dobre ciacha i dobrego chińczyka zostaję jeszcze jedną noc w Rishikeshu. Niemka, która się wprowadziła na miejsce Niemca z rowerem mówi, że Haridwar jest spoko, więc uderzam do Haridwaru. I jest spoko, mniej turystów-dziwaków, cowieczorna impreza na ghatach (choć tej z Varanasi na razie nic nie przebiło), hinduscy pielgrzymi robią zdjęcia mi albo sobie ze mną albo proszą, żebym ja im zrobił pozując przy jakiejś świętej figurce, angielski często słabo, więc mogę poćwiczyć hindi. Tylko żarcie jest w 100% bezmięsne, bo to święte miasto. Ale thali za 50ru też się można najeść (tym bardziej, że kelner widząc, że kończę przychodzi się spytać czy chcę dokładki któregoś z kilku dodatków, oczywiście wszystko w cenie) i nawet smakuje – chyba się nauczyłem znajdować nieśmierdzące jedzenie albo jeść tylko te zjadliwe części.
Spoko, ale nie na tyle, żeby tu zostawać dłużej. Po noclegu w Shakumbari Guest House za 200ru (spory pokój z tv i łazienką) na Jassa Rd spadam z rana na autobus do Ramnagaru, który wg. pani z okienka jeździ co pół godziny, a wg. praktyki trochę rzadziej. Na dworcu jestem trochę przed 7ą rano, autobus mam dopiero o 8ej i to nie do Ramnagaru tylko do trochę zakręconego Kashipuru, z którego PKSa do Ramnagaru trzeba łapać na ulicy, bo z dworca nic nie jeździ (podobno, ktoś mi mówi, że jeździ i będzie za 5-10 minut, ale się nie doczekałem). I w Kashipurze i 30km dalej w Ramnagarze (drogo tu, hotel Rameshwaram 250ru za średni pokój bez tv i łazienki, co prawda w hotelu obok mówili, że za tyle to tu się nie da, ale ja już wiem, że im nie można wierzyć) ludzie patrzą na mnie jak na ufo, innych białasów sam też nie spotkałem. Co chwila słyszę hello, how are you itp., w knajpce przy dworcu mogę wybrać pomiędzy rybą a kurczakiem (w swoim hotelu pan mówi, że mięsnej knajpy nie znajdę, ale im nie można wierzyć) – to wszystko sprawia, że czuję się prawie jak w Bangladeszu, brakuje tylko zaproszeń na herbatkę.
Żeby być przygotowanym na dalszą podróż na wysokościach ok. 2000m kupuję sobie jakiś wieśniacki sweter i ciepłe skarpetki, nie wiem czy zakładając do tego wszystkie pozostałe ubrania będzie mi choć trochę ciepło, ale więcej niż 300-400ru nie chcę inwestować. Na pewno da się taniej, ale z niewiadomych mi przyczyn większośc sklepów jest pozamykanych i wybór jest niezbyt duży.
Bus do Almory jest o 10.30, niestety nie zajeżdża na dworzec i go przegapiam. Pan w dworcowej kanciapie mówi, że już pojechał i choć wygląda na to, że jedynym jego źródłem informacji jest zegarek i wiara w punktualność PKSów, to chyba jednak muszę mu uwierzyć. Z ulicy łapię busa do Ranikhetu, prawie 2000m npm ale póki świeci słońce sam krótki rękawek wystarcza, dopiero wieczorem zakładam kilka kolejnych warstw. Miały być widoki na Himalaje, ale trochę mgliście jest i niewiele widać. Na jedną noc melduję się w hotelu Rajdeep na głównej ulicy. Białasów nie ma. W moim hotelu jest jakaś impreza ślubna, ale goście szybko się przenoszą gdzieś indziej. W ogóle ślubne samochody, orkiestry czy dekoracje na domach widzę tu i w innych miastach co chwilę.
Widoczek się pojawił z rana, gdzieś daleko jakieś białe szczyty, okolice Nanda Devi. Cieawszy widoczek jest z autobusu do Almory, jedziemy nad chmurami, ponad nimi mniejszcze zalesione góry a nad Himalaje. Po chwili wjeżdżamy w te chmury i już nie nie widać. Dopiero parę km przed Almorą i chmury opadły i my się wznieśliśmy, więc zaczynają się pojawiać widoczki, jednak bez Himalajów.


























