W szkole na rooftopie siedzi sobie dyrektor z kilkoma nauczycielami, oglądają razem mecze, zapraszają mnie na górę a potem na wizytację szkoły. Coś mi każą mówić do biednych dzieci, więc coś mówię, robię zdjęcie i wychodzę. Za pół godziny koniec lekcji, wtedy wszyscy się zbierają i odśpiewywują Vande Mataram, taka tutejsza Rota. To po lekcjach, bo przed lekcjami jest dłuższy apel, jest Jana Gana Mana (hymn) oraz parę innych narodowych przyśpiewek. Młodsi śpiewają tylko hymn, ale za to mają rozgrzewkę, jeden z uczniów staje na podeście i pokazuje ruchy, reszta je powtarza. Najmłodsi dodatkowo robią rundkę truchtem dookoła boiska.
W Ginni również zostaję wezwany przez nauczyciela w trybie pilnym, każe mi tłumaczyć z angielskiego na hindi, niestety nie wszystko umiem. Robię zdjęcie i spadam dalej, bo choć z Birthee wiocha wyglądała bardzo fajnie to zasadniczo nic tu nie ma, a i łazić mi się za bardzo nie chce, miało być leniwie.
Cholernie zimny pokój, śpię w pełnym umundurowaniu pod kocem i kołdrą.
Powrotnego jeepa mam o 5ej rano, zjadam przygotowane wcześniej przez mamuśkę chapati z surowymi pomidorami z jakąś dziwną przyprawą i w miarę punktualnie ruszamy. Tylko, że w przeciwnym kierunku, zabrać z miasta jeszcze 2 pasażerów, potem wracamy do punktu wyjścia, ekipa robi sobie ponad godzinną przerwę na herbatkę, fajkę i ploteczki. I dobrze, bo im wcześniej przyjadę tym bardziej w nocy będę w Delhi, 2-3 godzinne opóźnienie jest mi bardzo na rękę. Więc tu godzina, druga po drodze, bo jakiś mega zator się zrobił na remontowanej drodze, o 18ej po 12h jazdy jeepem jestem w Haldwani, o 20ej wsiadam do autobusu do Delhi stęskniony za ciepłem i Subwayem.












































A miało być tak pięknie i ciepło
już jest