Rano mój ochroniarz przyznaje się, że jest agentem CIA (bengalskiego). Jego zadaniem jest łazić po miasteczku i obserwować. Inny jego ziomal spotyka mnie na dworcu autobusowym i pilnuje, żebym przypadkiem nie pojechał na dachu autobusu, na co miałem ochotę. W zatłoczonym gracie znajduje się jednak dla mnie miejsce, muszę się tylko przebić z 2 plecakami na sam koniec, ale daję radę.
Rangamati na początku mi się średnio spodobało, jeziora za bardzo nie widziałem, dopiero po dojechaniu do hotelu pokazały się bardzo przyjemne widoczki, poza tym kilka klasycznych bazarków, przystani dla łodzi i rozwrzeszczane bachory. Z informacji praktycznych – bo trochę się pozmieniało od czasów przewodnika z 2008 – pojawił się internet (jeden kawałek za drogą do Bana Vihara, drugi na przeciwko Cafe Link), zniknął za to dworzec autobusowy w pobliżu przystani (jest tylko kasa BRTC, przypuszczam, że dworca tu w ogóle nie było a przewodnik kłamie), jest tylko dużo riksz, a w dworzec jest koło hotelu Sufia, w zeszłym roku spalił się też Rajbari grzmotnięty piorunem. O permit nikt się mnie nie pyta, żaden policjant nie odwiedza w hotelu. Nawet mimo to, że na hotelowym formularzu zostawiam pustą rubrykę z numerem permitu. Adrenalina na 500%.
W Bana Vihara spotykam Ricky’ego Chakmę, który mieszka w bambusowym akademiku, jeszcze lepsze to niż Jelonki (chociaż dosyć drogie, Rocky za 2 pokoje płaci prawie 90pln miesięcznie), następnego dnia łazimy tu i ówdzie, jemy u niego obiad i kolację itp. Pokazuje mi film zmontowany przez jego wujka (co niekoniecznie musi oznaczać brata rodzica) na temat tutejszych walk pomiędzy tribalami i banglami. A na filmie poza starszymi wydarzeniami jest pokazana też demonstracja w Kagrachhari, która przerodziła się w ostrą zadymę a niedługo potem w lutym 2010 spalone wsie. Stąd ci wszyscy wojskowi, policja i permity. Spalono między innymi Langadu, do którego się wybierałem. „Tylko nie pokazuj tego wojskowym” – mówi, kiedy przegrywa mi film na pendrive’a.
Udziela się też w różnych organizacjach studenckich i nie tylko. W ramach jednej z nich kontrolował szkoły gdzieś na końcu świata, m.in. w jakiejś indyjskiej wsi, do której można się dostać tylko idąc dzień czy dwa przez dżunglę. Miejsca, których zwykły śmiertelnik ma małe szanse zobaczyć. Ja na pewno nie mam szans z dotrzeć tam z Bangladeszu, ale z Indii pewnie też nie jest łatwo, jeszcze do niedawca do Tripury wymagane były permity, teraz zdaje się, że już nie są, co nie znaczy, że wszędzie wpuszczą.
A poza tym trafiam na kolejny pogrzeb – w tym samym Bana Vihara żył jeszcze niedawno szacowny najważniejszy tutaj buddyjski mnich Venerable Sadhanananda Mohathero, ale 31 stycznia był zmarł. Jakieś 3 tygodnie po 93ich urodzinach. Ludzie gadają, że już się ponownie nie narodzi. Jego ciało jeszcze leży w samochodzie udekorowanym kwiatami na terenie klasztoru, a z całego świata nadciągają ludzie, żeby złożyć hołd i wpisać się do księgi kondolencyjnej. Niedaleko szykuje się duża impreza pożegnalna, ale z tego co się dowiedziałem może się odbyć pod koniec lutego albo i później. Ricky powtarza, że stracili wielkiego człowieka, daje mi książeczkę z jego cytatami, biografią itp. Jeszcze jeden pogrzeb zaliczę i będę miał wycieczkę pod hasłem „4 pogrzeby i wesele”.
Średnio przefiltrowane foty głównie z Rajbana Vihara:





































Ej, o co chodzi z tym “permitem” bo coś nie zaczaiłem?
Trzeba pójść do jakiegoś ofisa żeby się tu dostać, bez papierka teoretycznie nie wpuszczają