Z Vieng Phoukha cofam się 27km w stronę Huay Xai do Nam Phe. W zasadzie na początku nie wiem gdzie jadę, wskakuję tylko w busika, który akurat przejeżdża jak tylko zdążyłem wyjść z hotelu, i wysiadam tam gdzie wygląda w miarę fajnie a do tego jest drogowskaz do wiochy 12km od głównej trasy – Don Mai.
Droga do Don Mai jakaś szczególna nie jest, dosyć szeroka ale niewyasfaltowana, pośród lasów i z górkami po bokach. Dopiero w połowie pojawia się jakaś pierwsza większość ilość domków, ale bez ludzi, bo ci albo pewnie w mieście albo rąbią drzewa. Dalej kilka pojedynczych domków lub szałasów dla pasterzy i drwali. Ostatnie 1-2km jadę motorem, akurat przejeżdża jakiś pan z dzieckiem/żoną (nie rozpoznaję) z zakupami z bazaru i zaprasza do wspólnej podróży. Dojeżdżamy na koniec Don Mai gdzie strumyk płynie z wolna, a nad nim panowie popijając samogona za 1,6pln za pól litra delektują się upolowaną rano małpą. Strzelamy bruderszafta i sam kosztuję przysmażonych małpich nóżek. Potem idziemy do domu, gdzie następuje ciąg dalszy degustacji kolejnych części ciała, kilka nierozpoznanych, mogło to być wszystko, na koniec zaś chyba jelito o lekkim smaku kaszanki. Do tego oczywiście jakieś liście i ciąg dalszy samogonu. No i próba dogadania się, czasem skuteczna, czasem nie. Uczę się też kilku nowych słówek, np. wąż to NMuu, gdzie „NM” to coś pomiędzy „n” i „m”, ale mimo prób nie udaje się poprawnie wymówić. Węże i mrówki też tu jedzą, ale akurat teraz nie mają, muszę zadowolić się małpą. Obiecuję wysłać fotki i rozpoczynam 2 godzinny marsz powrotny. Dochodzę prawie do osady w połowie drogi gdzie łapie mnie chłopaczek na motorze, co prawda jedzie w przeciwną stronę, ale podwozi mnie do Nam Phe. Z małą wywrotką na początkowym kawałku pod górę, ale żyjemy i się tylko śmiejemy.
Jest dopiero ok. 15ej, więc robię sobie spacerek po wiosce, gdzie czasem dzieciaki widzą mnie szybko uciekają do domu biorąc pod pachę młodsze. Ląduję w jedynym we wsi sklepiku na jakieś 1,5h popijając popitki i cykając foty pani sklepowej z dziećmi i towarzystwu obok. Wracam na przystanek, bo zbliża się pora na autobus, ale ten nie nadjeżdża, ktoś proponuje mi nocleg u niego w domu, ale w tym momencie nadjeżdża jakiś van, ekipą z Gibon Experience wracającą właśnie z „experience” i wracam z nimi do Vieng Phoukha. Mango, smażona kapusta pekińska z ryżem, Lao Beer i spać. Szaszłyki z ośmiornicy, które widzę na bazarku chwilowo odpuszczam.
















