Kaptai, Chitmorong

Rano spóźniam się na łódkę, jadę do Kaptai autobusem. A ściślej do Baraichhari, a dopiero stamtąd rikszą do Kaptai. Przy bazarku jest prosty hotel Tristar (Tri Star? Three Stars?) za 100Tk. Oczywiście jak w każdym mieście w Hill Tracts natykam się w nim na jakiegoś wojskowego, gada w hindi, więc jak hotelarz coś do mnie mówi w bangla a ja nie rozumiem to wosjkowy mi tłumaczy w hindi. W miasteczku prawie nic nie ma, tylko zapora wodna czy jak to się nazywa no i jeziorko z łódkami, bambusami itp. Chociaż później patrząc na mapę się zorientowałem, że w głównej części nie byłem. Za to pomiędzy Baraichhari a Kaptai jest kilka „picnic spotów”, z których najciekawszy to Panorama Zoom Resort, jakieś 7km od miasta. Dla foreignersów wstęp 1$ (84Tk) lub 30Tk, wybieram opcję 30Tk. A tam rzeka z ładnymi widoczkami, ławeczki, domki na drzewach, dobre żarcie, i akurat trafiam na jakąś imprezę z muzyką live. Sporo ludzi, raczej nie tych najbiedniejszych, większość zapewne z Chittagongu, który jest stosunkowo blisko. Przemyka też jakaś parka białasów.

Parę km od miasta jest Chitmorong z czymś buddyjskim a we wsi mieszka prząśniczka i przędzie sobie jedwabne niteczki. Pewnie niejedna, ale ja trafiłem na jedną podczas pracy (nie licząc tych, które widziałem parę razy z okna autobusu).

Wieczorem wizyta policjanta w cywilu. Jak będę chciał zjeść to mam dać kasę hotelowemu a on mi przyniesie żarcie do pokoju. Na zewnątrz lepiej żebym nie jadł, bo niebezpiecznie, porwania, Shanti Bahini, Hill Tracts itp. Permita jak nie miałem tak nie mam.

Tagged , , , , , , , , , ,

Leave a comment

Rangamati, Kaptai Lake

Kilka fotek sztucznego bajora. Zostało utworzone jakieś 40 lat temu, mieszkający na jego dawnym terenie ludzie zostali przesiedleni, ale niektórzy zabrali ze sobą nazwę wsi, w której mieszkali nazywając tak samo nowe miejsce. A potem tam gdzie się tribowie osiedlili to zaczęli się też wprowadzać bengale z nizin i wszyscy się zaczęli tłuc między sobą.

Tagged , , , , ,

Leave a comment

Rangamati

Rano mój ochroniarz przyznaje się, że jest agentem CIA (bengalskiego). Jego zadaniem jest łazić po miasteczku i obserwować. Inny jego ziomal spotyka mnie na dworcu autobusowym i pilnuje, żebym przypadkiem nie pojechał na dachu autobusu, na co miałem ochotę. W zatłoczonym gracie znajduje się jednak dla mnie miejsce, muszę się tylko przebić z 2 plecakami na sam koniec, ale daję radę.

Rangamati na początku mi się średnio spodobało, jeziora za bardzo nie widziałem, dopiero po dojechaniu do hotelu pokazały się bardzo przyjemne widoczki, poza tym kilka klasycznych bazarków, przystani dla łodzi i rozwrzeszczane bachory. Z informacji praktycznych – bo trochę się pozmieniało od czasów przewodnika z 2008 – pojawił się internet (jeden kawałek za drogą do Bana Vihara, drugi na przeciwko Cafe Link), zniknął za to dworzec autobusowy w pobliżu przystani (jest tylko kasa BRTC, przypuszczam, że dworca tu w ogóle nie było a przewodnik kłamie), jest tylko dużo riksz, a w dworzec jest koło hotelu Sufia, w zeszłym roku spalił się też Rajbari grzmotnięty piorunem. O permit nikt się mnie nie pyta, żaden policjant nie odwiedza w hotelu. Nawet mimo to, że na hotelowym formularzu zostawiam pustą rubrykę z numerem permitu. Adrenalina na 500%.

W Bana Vihara spotykam Ricky’ego Chakmę, który mieszka w bambusowym akademiku, jeszcze lepsze to niż Jelonki (chociaż dosyć drogie, Rocky za 2 pokoje płaci prawie 90pln miesięcznie), następnego dnia łazimy tu i ówdzie, jemy u niego obiad i kolację itp. Pokazuje mi film zmontowany przez jego wujka (co niekoniecznie musi oznaczać brata rodzica) na temat tutejszych walk pomiędzy tribalami i banglami. A na filmie poza starszymi wydarzeniami jest pokazana też demonstracja w Kagrachhari, która przerodziła się w ostrą zadymę a niedługo potem w lutym 2010 spalone wsie. Stąd ci wszyscy wojskowi, policja i permity. Spalono między innymi Langadu, do którego się wybierałem. „Tylko nie pokazuj tego wojskowym” – mówi, kiedy przegrywa mi film na pendrive’a.

Udziela się też w różnych organizacjach studenckich i nie tylko. W ramach jednej z nich kontrolował szkoły gdzieś na końcu świata, m.in. w jakiejś indyjskiej wsi, do której można się dostać tylko idąc dzień czy dwa przez dżunglę. Miejsca, których zwykły śmiertelnik ma małe szanse zobaczyć. Ja na pewno nie mam szans z dotrzeć tam z Bangladeszu, ale z Indii pewnie też nie jest łatwo, jeszcze do niedawca do Tripury wymagane były permity, teraz zdaje się, że już nie są, co nie znaczy, że wszędzie wpuszczą.

A poza tym trafiam na kolejny pogrzeb – w tym samym Bana Vihara żył jeszcze niedawno szacowny najważniejszy tutaj buddyjski mnich Venerable Sadhanananda Mohathero, ale 31 stycznia był zmarł. Jakieś 3 tygodnie po 93ich urodzinach. Ludzie gadają, że już się ponownie nie narodzi. Jego ciało jeszcze leży w samochodzie udekorowanym kwiatami na terenie klasztoru, a z całego świata nadciągają ludzie, żeby złożyć hołd i wpisać się do księgi kondolencyjnej. Niedaleko szykuje się duża impreza pożegnalna, ale z tego co się dowiedziałem może się odbyć pod koniec lutego albo i później. Ricky powtarza, że stracili wielkiego człowieka, daje mi książeczkę z jego cytatami, biografią itp. Jeszcze jeden pogrzeb zaliczę i będę miał wycieczkę pod hasłem „4 pogrzeby i wesele”.

Średnio przefiltrowane foty głównie z Rajbana Vihara:

Tagged , , , , , , , ,

1 Comment

Mahalchhari

W połowie drogi z Khagrachhari do Rangamati jest miasteczko Mahalchhari. Jeep, który mnie tam wiezie jest w stanie pomieścić 30 albo i więcej osób, kilka osób w środku, kilka na dachu, kilka przyczepionych z tyłu i kilka na masce. Ci ostatni trochę zasłaniają widok kierowcy, ale i tak nie jedziemy szybko, najszybciej przed wzniesieniami, przed którymi kierowca bierze rozpęd, żeby się udało wjechać.

W Mahalchhari jest miły bazarek. Po triumfalnym przemarszu pośród gapiącego się tłumu dosyć szybko doczepia się jakiś wojskowy, w cywilu i nie daje mi żadnej wizytówki, więc tak naprawdę nie wiem kto to, ale zna trochę angielskiego i jest dobrze ubrany, więc na pewno nie jest to zwykły tubylec. Trochę ciężko się od niego odczepić, przynajmniej oprowadza mnie po okolicy, czasem siadamy na herbatkę, za krótkiego neta w fotolabie nie muszę płacić, kasę wydaję tylko na tani obiadek i jeszcze tańszy hotel Happy Boarding (50Tk, 2pln, jedyny we wsi). Bambusowa klitka 5mkw, mój szerokokątny obiektyw nie ogarnia wszystkiego.

Idę jeść. Po powrocie odwiedzają mnie dziennikarze z lokalnej gazety. Patrzę podejrzliwie, wyciągam od nich wizytówki, wygląda ok, poza pytaniami skąd i po co są ciekawi czy mam permit, nie wiem na co im taka informacja. Pokazuję ksero paszportu, zmywają się. Może myśleli, że jakieś NGO przyjechało i byłby temat na artykuł. Idę się przejść. Po chwili łapie mnie jadący na motorze policjant w cywilu. Na początku bardziej stanowczy niż miły, kiedy chcę od niego jakiś papierek, że jest policjantem, ten wyciąga portfel, ale zaraz potem chowa mówiąc po bengalsku, że jak i tak nie rozumiem bengalskiego. Gadka szmatka o tym, że tu jest niebezpiecznie. W mieście ok, ale „land problem”. Tubylcy się strzelają między sobą. Lepiej żebym jutro stąd spadał. Znowu idę się przejść na chwilę. Po powrocie kolejny gość, tym razem manager hotelu. Opowiada jak to w 1997 zostało porwanych 3 cudzoziemców przez Shanti Bayan lub coś podobnie brzmiącego. Anglik, Szwajcar i chyba Szwed. A nie, Holender, Szwed tu nocował jedną noc w styczniu. Później się dowiaduję, że to nie turyści tylko jakieś inżyniery pracujące tutaj. Idę na herbatkę, pod restauracją natykam się na oficera, którego spotkałem na początku. Idziemy razem na przechadzkę, z której jednak nic nie wychodzi, bo po paru minutach natykamy się na kolejnego policjanta, który najpierw coś tam mówi, że powinienem mieć permit, a w końcu zaprasza na herbatkę na posterunek. Robi się ciemno, wracamy z oficerem do hotelu. Mimo, że natknąłem się na niego przypadkiem mam wrażenie, że został mi przydzielony jako osobisty ochroniarz. Armia i policja troszczą się o turystów żeby nie było żadnej wtopy jak ta z 1997, choć roboty dużo nie mają, bo w tym rejonie wielu turystów nie ma. A zwłaszcza w samym Mahalchhari. Tuż przy hotelu na bazarku kilku żołnierzy ma swojej stanowisko, poza tym po okolicy szwęda się sporo innych żołnierzy i policji. Do tego na czas mojego pobytu w samym hotelu czuwa jeden policjant. Czasem ktoś wpadnie na recepcję pogadać o białasie we wsi. Z początku trochę strasznie, ale z czasem się przyzwyczajam.

Następnego dnia z rana idziemy spacerkiem do jednego mostku, ale dalej już nie bo „problem”, a potem trochę w innym kierunku do wiochy Cenginala, za rzeką Cengi. Ktoś na podwozi motorem, mimo, że jedzie w drugą stronę. Potem ktoś inny wozi rikszą po okolicy. A potem nudy.

Tagged , , , , , ,

Leave a comment

Dighinala, Merum, Gonjopara

Rano koło hotelu przejeżdżają dwa vany z samymi białasami burząc moje poczucie bycia gdzieś daleko.

Najbliższy autobus do Langadu jest za jakieś 1,5h, jadę do Dighinali, gdzie poza bazarkiem nic nie ma. Stamtąd próbuję się dostać do Langadu, ale po dojechaniu genetyczną krzyżówką jeepa z rikszą do wsi Merum i braku zdecydowanego potwierdzenia czy stamtąd złapię powrotny autobus do Khagrachhari jadę z powrotem przez Dighinalę do domu. Z Merum do Langadu transport jest dość rzadki (można ewentualnie się dostać prywatnym motorem za 300Tk), z Khagrachhari podobnie, co może oznaczać dosyć sporą dzicz.

W końcu jednak olewam Langadu, bo jutro pierwszy autobus jest po 10ej, trochę za późno, obawiam się o powrót. A dalekie wiochy jeszcze się trafią. Idę jeszcze raz przez bazar, po południu prawie pusty, do Gonjopary. Zanoszę kilka odbitek z wczoraj, dwóch kolesi zaprasza od razu do domu. A tam prawie stypa, w pokoiku leży dziadek i z trudem oddycha, przy nim siedzi parę osób, czasem ktoś zajrzy przez drzwi, a reszta domowników i przyjaciół (większość z plemienia Marma) sobie plotkuje przy fajkach i herbacie. Chcą żebym zrobił kilka zdjęć, czestują, a podczas gdy się z trudem próbujemy dogadać, dziadzio oddaje ostatnie tchnienie. Herbatka trwa nadal, jeszcze parę zdjęć i wychodzimy, chociaż nie wiem czy dlatego, że dziadzio zmarł czy po prostu nie wyraziłem dość wyraźnie chęci zostania jeszcze przez chwilę. Wracam do hotelu z jednym kolesiem ze stypy.

Tagged , , , , , ,

Leave a comment